O autorze
Sportem motorowym interesuje się od przeszło 20 lat i gdzieś w trakcie tego okresu postanowiłem przerobić swoją pasję, na swój zawód.
Od ośmiu lat piszę o sportach samochodowych dla różnych mediów. Pracowałem m.in. w miesięczniku „WRC Magazyn Rajdowy”, dla Telewizji Polskiej i portalu „rallynews.pl”.
Teraz na łamach „natemat.pl” chciałbym przybliżyć Wam świat rajdów i wyścigów, z Formułą 1 na czele.
Aktualne informacje z tras WRC na stronie Rajdy.pl

Dwadzieścia lat bez Senny

Ayrton Senna za kierownicą bolidu Williams-Renault
Ayrton Senna za kierownicą bolidu Williams-Renault fot. Williams F1/LAT Photographic
Wczoraj minęła dwudziesta rocznica śmierci Ayrtona Senny. Brazylijski mistrz świata Formuły 1 zginął podczas wyścigu o Grand Prix San Marino we włoskiej Imoli. Tamten wypadek zmienił na zawsze oblicze tego sportu.

Sport motorowy jest niebezpieczny. Co do tego nikt nigdy nie miał wątpliwości. Jednak na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia, świat Formuły 1 zdawał się już zapominać o tej bardziej tragicznej stronie wyścigów.

A było o czym zapominać. Od 1950 roku, kiedy rozpoczęła się historia mistrzostw świata Formuły 1, sport ten kosztował życie 40 kierowców – mowa tylko o tych, którzy zginęli podczas weekendów Grand Prix. Jackie Stewart, który na przełomie lat 60/70-tych zdobywał swoje mistrzowskie tytuły stwierdził, że ryzyko śmierci w wyścigu wynosiło wówczas 67%.

To właśnie szkocki kierowca rozpoczął kampanię na rzecz poprawy bezpieczeństwa w Formule 1. Wielu działaczy, kibiców, a nawet kierowców zarzucało mu, że zabija ducha tego sportu, ale Stewart nie zniechęcał się.

Bolidy tamtej ery nie miały praktycznie żadnych zabezpieczeń, a otwarte kaski zapewniały jedynie minimalne bezpieczeństwo. Jeszcze gorzej wyglądały tory wyścigowe. Wielokilometrowe pętle, bez barier, bez stref bezpieczeństwa, często biegnące publicznymi drogami. Jedynym zabezpieczeniem bywały bele słomy, zaś sędziów porządkowych było jak na lekarstwo.

Dzięki działaniom Stewarta na torach zaczęły pojawiać się bariery, oddzielono boksy od prostej startowej, a podczas każdych zawodów przy trasie pojawiali się sędziowie i obsługa toru. Dzięki staraniom Szkota zaczęto też budować zaplecze medyczne – stawiano w stan gotowości szpitale, zabezpieczano odpowiednią ilość karetek, a w końcu także zaczęto budować centrum medyczne na torze.

Wszystko to szybko przyniosło efekty. Po krwawych latach 60-tych i 70-tych, lata 80-te przyniosły tylko dwa śmiertelne wypadki podczas Grand Prix. Ostatnim kierowcą który zginął podczas wyścigu był Riccardo Paletti. Włoch poniósł śmierć podczas wyścigu o Grand Prix Kanady w 1982 roku. Cztery lata później, podczas testów na francuskim torze La Castallet zginął Elio de Angelis.

Na przełomie lat 80/90-tych wydawało się, że niebezpieczeństwo jest już zażegnane. Samochody przechodziły testy zderzeniowe przed sezonem, wszystkie tory były już odpowiednio zabezpieczone, wyścigom towarzyszyło profesjonalne zaplecze medyczne.

Potwierdzał to fakt, że nawet najbardziej spektakularne wypadki nie miały już tak strasznych skutków. Gdy Lotus Martina Donelly’ego roztrzaskał się na drobne kawałki, wyrzucając na tor kierowcę razem z fotelem, Brytyjczyk musiał przejść długą i bolesną rehabilitację. Ale przeżył. Po większości wypadków, nawet najgroźniej wyglądających kierowcy wychodzili z bolidów o własnych siłach.

Całe to z trudem wypracowane poczucie bezpieczeństwa prysnęło w jeden weekend, na przełomie kwietnia i maja 1994 roku. Ostrzeżeniem był piątkowy wypadek Rubensa Barichello. Młody Brazylijczyk wyszedł z niego w zasadzie bez szwanku, ale lekarze zatrzymali go na obserwację w szpitalu.

Podczas sobotnich kwalifikacji Roland Ratzenberger, kierowca zamykającego stawkę zespołu Simtek, walczył o zakwalifikowanie się do wyścigu. Przy prędkości przekraczającej 300 km/h z jego bolidu odpadł uszkodzony wcześniej fragment przedniego skrzydła. Pozbawiony docisku bolid z ogromną prędkością uderzył w mur. Austriacki kierowca nie miał szans. Mimo sprawnej akcji ratunkowej zmarł zaraz po przewiezieniu do szpitala.

Mimo tego wypadku organizatorzy zdecydowali się kontynuować zawody. Niedzielny wyścig rozpoczął się od spektakularnej kraksy na starcie. By uprzątnąć rozbite bolidy, sędziowie zadecydowali o wyjeździe na tor samochodu bezpieczeństwa. Po kilku okrążeniach za safety-carem, wyścig wznowiono. Dwa kółka później, na szybkim łuku Tamburello bolid prowadzącego w wyścigu Ayrtona Senny pojechał prosto i rozbił się o barierę.

Brazylijczyka wydobyto z rozbitego Williamsa i helikopterem przetransportowano do szpitala w pobliskiej Bolonii. Tam, już po zakończeniu wyścigu, ogłoszono, że trzykrotny mistrz świata zmarł w wyniku odniesionych obrażeń.

Śmierć Ratzenbergera była dla wszystkich szokiem, śmierć Senny dzień później była czymś niewyobrażalnym. Jeśli mogło się to zdarzyć legendarnemu, trzykrotnemu mistrzowi świata, to mogła się zdarzyć każdemu.

Fatalny weekend na torze w Imola uruchomił całą serię zmian w przepisach. Działacze znów skupili się na bezpieczeństwie. Wprowadzono wiele zmian w bolidach F1 – podniesiono boki kokpitu, zwiększono ilość obowiązkowych testów zderzeniowych, ograniczono też osiągi pojazdów. Zmieniły się też tory – pojawiły się większe i nowocześniejsze strefy bezpieczeństwa, siatki chroniące obsługę, usprawniono procedury ratownicze.

Od wypadku Senny minęło już 20 lat. W tym czasie nikt już nie zginął podczas weekendu Grand Prix. Mimo to, wszyscy wciąż pamiętają, że niebezpieczeństwo czyha na każdym zakręcie. I tak już pewnie zostanie.
Trwa ładowanie komentarzy...